Dzieci, Kobieta, Rodzice

Wakacje nad morzem – znów tam wróciliśmy

13 sierpnia 2018

Wakacje nad morzem…nigdy nie przypuszczałam, że najtrudniejszy czas w moim życiu zapoczątkuje coś tak fenomenalnego. Gdy rok temu z przeogromnym trudem udało mi się zabrać dzieci w sierpniu nad morze, wiedziałam, że będziemy to powtarzać każdego lata. Ich radość i beztroska nad wielką wodą wynagrodziła cały trud planowania i gospodarowania środkami, których w zasadzie na ten cel nie było. Nasze skromne wakacje były zarazem najpiękniejszymi, jakie mogliśmy sobie wtedy wymarzyć. Od tamtego czasu minął rok, a my znów pielęgnujemy nadmorską opaleniznę.

Nasze ubiegłoroczne wakacje nad morzem opisałam TU. Byliśmy wtedy w Łebie. W tym roku postawiliśmy na Sarbsk. Dlaczego taki wybór? W naszym przypadku to proste, zwyczajnie szukałam w necie najtańszej z opcji jeśli chodzi o nocleg. Trzeba pamiętać, że sześcioosobowa drużyna (byłam z przyjaciółką i dziećmi) to nie taki pikuś, jeśli chodzi o znalezienie taniej kwatery. Z zeszłorocznego doświadczenia wiedziałam, że nie potrzebujemy świetnych warunków. Spędzamy wakacje bardzo aktywnie i tak naprawdę w miejscu, które jest naszym wakacyjnym domem jedynie nocujemy. Zwykle wychodzimy rano, a wracamy późnym wieczorem. Dzieci padają, gdzie stoją, więc cena kwatery była głównym wytycznym jeśli chodzi o nasze miejsce urlopowe. Fartem znalazł się kemping w Sarbsku (szukałyśmy na ostatnią chwilę, gdyż do końca nie wiedziałyśmy które dni urlopowe dostanie Alicja) za naprawdę małe pieniądze. Powiem tylko, że płaciłam za dobę za całą naszą rodzinę tyle, ile moja siostra w tym samym czasie w Pucku w hotelu za osobę.

Nasza droga do Sarbska

Wyjechaliśmy około południa (choć planowałam oczywiście raniutko) w najgorętszy dzień tygodnia…a nie czekaj, były takie dwa dni nie do wytrzymania. W drugi wracaliśmy :). Oczywiście klimatyzacja w samochodzie uchroniła nas od obłędu, ale gdy po drodze wysiedliśmy coś zjeść, to szybko wracaliśmy z powro. Jak możesz się zatem domyślić, pogodę znów trafiliśmy idealnie. Na miejsce dotarliśmy około 19.00 z małymi przygodami. Jakieś 30 km od miejsca docelowego spotkała nas prawdziwa nawałnica. Deszcz, wichura, burza i postoje. Byliśmy nieco przerażeni, brak przejazdu przez zawalone drzewa roztaczał nie najlepszą wizję. Na szczęście szybko minęło i gdy dojechaliśmy na miejsce, po brzydkiej pogodzie nie było nawet śladu. Po drodze zaliczyliśmy jedną płatną bramkę, KFC i fontannę przy galerii handlowej. Mogło być gorzej ;).

 

Wakacje nad morzem. Co spotkaliśmy na miejscu?

Na miejscu powitała nas cudowna, spokojna okolica. Domki kempingowe w lesie, 500 metrów od jeziora. Po szybkim rozpakowaniu i przywitaniu się z właścicielami, ruszyliśmy nad jezioro. Należy nadmienić, że właścicielami są fantastyczni ludzie, w wieku moich rodziców. Pan, który ma ogromne serce i ratuje wszelakie zwierzęta (po posesji dumnie spacerowały trzy psiaki ze schroniska), oraz jego żona – malarka. Atmosfera iście domowa – wieczorne ogniska, rozmowy. Oprócz naszej przyczepy na posesji było ich jeszcze chyba ze cztery, więc dzieci po powrocie z plaży bawiły się z innymi dziećmi wczasowiczów, a my spokojnie mogłyśmy pośmiać się i porozmawiać z innymi dorosłymi. Dzieciaki biegały, często zaczepiając właścicieli (mieszkają na tej samej działce), którzy notabene byli nimi zachwyceni. Każde z nich na pożegnanie dostało upominek od pana domu – rzemyki, talizmany i inne zaczarowane skarby. Dzieci również były zachwycone gospodarzami, o czym świadczy chociażby ilość przegadanych chwil i wręczanych przez dziewczynki rysunków ;).

Warunki mieszkaniowe

Sama przyczepa kempingowa nie powalała (czasy świetności miała dawno za sobą), ale było przestronnie – 3 pomieszczenia z łóżkami i malutka łazienka, a do tego kuchenka, na której mogłyśmy dzieciakom przygotować ciepłe posiłki. To dla mnie było ważne, gdyż nie oszukujmy się, to ogromna oszczędność nad morzem. Co prawda w pobliżu znaleźliśmy świetną i niedrogą domową Jadłodajnię, gdzie często wpadaliśmy na pyszne zupy, czy frytki, ale śniadania i kolacje ogarnialiśmy już we własnym zakresie. Tak więc nasza przyczepa kempingowa świetnie dała radę. Słyszałam głosy, że jest w niej jak w piekle w upalne dni, ale jak już na wstępie wspomniałam, my w niej w sumie tylko nocowaliśmy, więc nie doświadczyliśmy. Rano było znośnie, a po naszym powrocie był wieczór, więc było przyjemnie, na pewno nie gorąco. Ci, którzy wybierają przyczepę wiedząc, że będą w niej spędzać czas w południe, powinni być świadomi duchoty. Po kilku dniach znaliśmy całą okolicę, wszystkie pobliskie sklepy, nawiązaliśmy mnóstwo cudownych i ciepłych znajomości. Fajni ludzie tam żyją, po prostu.

Jezioro Sarbsko

Jezioro mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło wyjść z posesji, przejść parę kroków i już mogliśmy podziwiać je w pełnej krasie. Często przychodziliśmy tu na koniec dnia, więc zachód słońca w takiej scenerii naprawdę koił po całym, intensywnym dniu. Na terenie była też Tawerna z jedzeniem, ale nic o tamtejszych smakach nie mogę powiedzieć, gdyż ani razu nie skorzystaliśmy. Dzieci natomiast korzystały z trampoliny, stołu do ping ponga i brodziły po jeziorze, które jest w tym miejscu naprawdę płytkie. Ja uwielbiałam tam być, dzieci godziły się jedynie na kończenie dnia tym spokojnym miejscem. Dla nich za mało się tam działo, było zbyt cicho i przewidująco. Jedyne co ich pociągało to kitesurfing, który mogli tam obserwować. Ja ceniłam to miejsce za spokój i brak tłumów, a one żądne przygód zwyczajnie po dłuższej chwili nad jeziorem się nudziły. Także miejsce cudownie urokliwe, ale raczej do wyciszenia po całym dniu szaleństw. To tak z naszej perspektywy, ludzi którzy praktycznie mieszkają nad zalewem. Może gdyby dzieciaki nie widziały podobnej wody na co dzień, ich odbiór byłby zupełnie inny.

Wakacje nad morzem – plaża w Łebie  (1 dzień wakacji)

Do Łeby od Sarbska mieliśmy kilka kilometrów, więc pierwsza myśl o plaży – Łeba! Pojechaliśmy zatem samochodem, objuczeni w materace, ubranka na przebranie, jedzenie i picie. Gdy tylko ruszyliśmy w stronę wejścia na plażę, powitały nas czerwone flagi – zakaz kąpieli. O nie, pomyślałam…sinice. Na szczęście okazało się, że zakaz kąpieli spowodowany był mgłą i za około pół godziny dzieciaki szalały w morzu. Dzieciaki szalały, a my…mało oczu i nóg nie pogubiłyśmy w tym tłumie. Ludzi było tyle, że dosłownie nie było gdzie rozłożyć się z ręcznikiem. W morzu tłok, a tu czwórka rozbrykanych dzieci. Każde chce w inną stronę, z innym materacem, dalej…aaaaaa! W pewnej chwili odliczałam czas, myśląc: niech już będzie wieczór… Oczywiście nie uniknęliśmy tego dnia strachu, gdyż byliśmy świadkami jak topiło się dziecko. Wszyscy wyszli z wody, ratownicy ruszyli na pomoc…masakra. Wystarczy moment i tragedia gotowa. Ten dzień już do końca był dniem pełnym obawy i przemęczenia. Nie spuszczałyśmy dzieci z oczu, a co za tym idzie dotrzymywałyśmy im kroku. Cały dzień w morzu. Bilans dnia? Spalone ciało i sen z kurami. Oczywiście uprzednio zwieńczony spacerem nad jeziorem przy blasku zachodzącego słońca.

Wakacje nad morzem – Dino Park w Łebie  (2 dzień wakacji)

Gdy byliśmy rok temu w Dino Parku, obiecałam dzieciakom, że tu wrócimy. Obietnicę spełniłam i drugi dzień wakacji spędziliśmy w otoczeniu dinozaurów. Więcej na temat tego miejsca pisałam rok temu, jeśli jesteś ciekawa – zapraszam TU. Miło było sobie przypomnieć te wszystkie atrakcje, choć upał nie pomagał. Dzieci były zachwycone, ale trzeci raz to byłoby już za dużo. Dlatego za rok z pewnością to miejsce już odpuścimy. Wiele z atrakcji już pomijały, pędząc do tych najbardziej ulubionych. Oczywiście odpoczynek przy piratach był koniecznością i choć chłopcy całą drogę mówili, że są już na to za duzi, z gromkim śmiechem wzięli udział w zabawie. Gaja znów okupywała trampolinę bungee, Anielka czatowała na pyszne lody z Dino Parku, a chłopcy potrafili stać w godzinnej kolejce do kina 7 D. Po powrocie byliśmy tak wyeksploatowani, że nawet nie poszliśmy nad jezioro. Dzieci chwilę pobiegały po podwórku z innymi dziećmi wczasowiczów, a ja zaległam na hamaku obok przyczepy.

 

Wakacje nad morzem – plaża w Ulinii  (3 dzień wakacji)

Dzięki naszemu gospodarzowi dowiedzieliśmy się, że zaledwie 3 km dalej jest cudowna, niemal dzika plaża w Ulinii. Zamiast jeździć do zatłoczonej Łeby, wystarczy podjechać do Ulinii, zostawić auto na leśnym parkingu i półgodzinnym spacerem przez las dotrzeć do cudownej, przepięknej plaży. Tak też zrobiliśmy. Na parkingu zastaliśmy zaledwie kilka aut (ludzie są jednak leniwi, nie lubią chodzić), i maszerując objuczeni torbami i materacami po pół godzinie w wyśmienitych humorach dotarliśmy do najcudowniejszego miejsca tych wakacji. Ogromna, czysta plaża i morze. Raj na ziemi. Dookoła garstka ludzi rozrzucona po całej plaży. Tu spędziliśmy najpiękniejsze chwile. Budowanie budowli z piasku, kąpiele, wypoczynek na ręczniku i znów kąpiele. Cały, cudowny dzień nad morzem, pełen śmiechu i radości. Będąc w tamtym miejscu myślałam, że mogłabym tu wracać zawsze. Teraz o tym miejscu przypomina mi najpiękniejsza opalenizna jaką miałam w życiu. Dzieci cały dzień były bardzo aktywne, szczęśliwe i wciąż powtarzały, że tu jest najpiękniej. Ani ciężkie torby niesione przez las, ani skwar, ani powrót przedłużający się zmęczeniem – nic nie było w stanie zniechęcić nas do tego miejsca.

Wakacje nad morzem – Sea Park Sarbsk  (4 dzień wakacji)

Czytając opinie w sieci o tym miejscu wahałam się, czy warto zabierać tam dzieci. Ceny dość spore, a opinie nie zachęcały. Na początku mówiłam, że pojedziemy, potem kalkulowałam i rezygnowałam, ale fakt, że jesteśmy tuż obok tego miejsca jednak zwyciężył. Wiesz jak to jest, gdy przejeżdżasz wciąż obok reklam z dziećmi :). Foka z reklamy była mocnym fabikiem. Pojechaliśmy….i wcale nie żałujemy. Atrakcje całkiem fajne i jest ich sporo, a już pokaz fok i uchatek to prawdziwe mistrzostwo! Dzieci zachwycone biły brawo, a my dorosłe baby nie mniej siedziałyśmy podekscytowane :). Jestem w szoku jak mądre są to stworzenia, jak piękne i dostojne w całej tej swojej ociężałości. Moglibyśmy patrzeć na nie godzinami. W Sea Parku oprócz wyżej wspomnianych pokazów, które absolutnie były numerem jeden, warto też zobaczyć oceanarium prehistoryczne 3 D, zwieńczone atakiem rekina (ale dzieciaki uciekały z piskiem:), zwiedzić wrak statku, muzeum marynistyczne, czy poszaleć na placu zabaw z linami i zjeżdżalniami. Fajną atrakcją dla maluchów jest też Błękitek – wielorybek, mówiący do dzieci z wielkiego akwarium – prawdziwe show. Na miejscu można też zjeść, moje dzieci wybrały spaghetti (naprawdę smaczne) i gofry. Cieszę się, że tam pojechaliśmy, bo dzieci do dziś wspominają to miejsce i wciąż proszą, by im włączyć filmik z fokami.

Wakacje nad morzem – park linowy  (5 dzień wakacji)

Park linowy to było spełnienie marzenia chłopaków. Franio pokonał lęk wysokości, przechodząc dzielnie całą trasę. Dopingowałam go dumna z dołu i naprawdę jestem pod wrażeniem zaciętości i siły walki tego chłopaka. Niektóre przeszkody były naprawdę trudne, wziąwszy pod uwagę wzrost Frania. Przeszedł trasę, która ledwo go przepuściła przy miarce wzrostu i niektóre miejsca wymagały od niego naprawdę wiele wysiłku. Stawał na palcach, z trudem przeskakiwał odległości, ale dał radę i był z siebie naprawdę dumny. Sam nie sądził, że mu się uda, gdyż jak wspomniałam wyżej zawsze bał się wysokości. Antoś przeżył bardzo mocno swoją porażkę (strach okazał się silniejszy pomimo wielu prób). Przełykał łzy, a ja mu tłumaczyłam, że poćwiczymy na niskich trasach i za rok zakosi tu wszystkich. Widziałam jak nie może sobie z tą porażką poradzić, choć wciąż mówiliśmy, że i dorośli się poddają i to żaden wstyd. Anielka też nie dała rady przejść trasy Frania, ale dzielnie próbowała przełamać swój strach. Za to Gaja gdyby tylko ją tam wpuścili pewnie poszłaby jak burza. To dziecko nie boi się chyba niczego i trasę dostosowaną do swojego wzrostu dosłownie przefrunęła, czując ciągły niedosyt. Podsumowując ten dzień, choć nie dla wszystkich okazał się taki, jakim go zaplanowali wspominamy dziś z wielką ekscytacją. Na pewno będziemy wracać w takie miejsca.

Wakacje nad morzem – plaża w Ulinii i Jezioro Sarbsko  (6 dzień wakacji)

Przedostatni dzień znów spędziliśmy na pięknej plaży w Ulinii. Myślałam o tym jak będzie mi brakowało tego miejsca po powrocie i tak rzeczywiście jest. Opalone ciałka moich dzieci przywołują te czaderskie dni, pełne śmiechu, zabawy, szumu fal i ciepłego piasku. Ach, gdyby tak można zatrzymać takie chwile na dłużej… Wracając do domu z plaży, wpadliśmy na ciepłą zupkę do Jadłodajni i ruszyliśmy nad jezioro. Chcieliśmy ten przedostatni dzień wycisnąć jak tylko się da. Zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy do kempingu, a dzieci wyjątkowo długo nie poszły tego wieczora spać. Pozwoliłam im być tak długo, jak toczyło się życie w obejściu. W końcu to ostatni dzień naszych krótkich, aczkolwiek intensywnych wakacji. Było zabawnie, bo niektórzy zostawali dłużej i naprawdę ubolewali, że moje dzieciaki już muszą wyjeżdżać. Oni wychowani w grupie, są idealnymi kompanami do zabaw dla innych maluchów. Mamy się śmiały, że pierwszy raz mogły odpocząć, bo ich dzieci są świetnie zaopiekowane. Dziewczynki i chłopcy przejawiali ogromną troskę w stosunku do przebywających tam maluchów. Cudownie było na ich relacje patrzeć. I nie powiem, miło było słuchać o tym, jak mam ułożone i opiekuńcze dzieci. Przyznaję, że często sama myślę o nich zupełnie inaczej;). Po dniu pełnym wrażeń do snu przeczytałam dzieciom historię wojny trojańskiej. Czemu akurat taka opowieść na dobranoc? Już tłumaczę.  W Ulinii natknęliśmy się na plakat konia trojańskiego. Ta ogromna budowla (największa na świecie, wpisana do księgi rekordów guinessa) stanęła w Oskowie, w powiecie lęborskim. Jak zobaczyłam, że z drogi do domu zboczymy jedynie kilkanaście kilometrów, by ją zobaczyć, wiadomym było, że tam trafimy. Spakowani, bogatsi o wieczorną lekcję historii o Rzymskim Imperium poszliśmy spać gotowi na kolejną, ostatnią już przygodę.

 

Wakacje nad morzem – Koń Trojański i powrót do domu  (7 dzień wakacji)

Wyjechaliśmy około 11.00. Planowaliśmy wcześniej, ale pożegnanie nie było wcale taką prostą sprawą, bo żegnaliśmy się nie tylko z wczasowiczami i naszymi gospodarzami, ale też sklepowymi z zaprzyjaźnionego sklepu. Droga do Oskowa zajęła nam około godziny. Oczywiście nie pomagał upał w zwiedzaniu, ale daliśmy radę. Dzieciaki na miejscu były zszokowane wielkością konia. Teraz chyba dopiero zrozumiały, jakim cudem zmieścili się w nim wojownicy :). Ten największy na świecie koń trojański to również wieża widokowa, na którą oczywiście weszliśmy i mogliśmy się poczuć jak prawdziwi zdobywcy :). Oprócz budowli konia, dzieciaki mogły zobaczyć jak wyglądał rydwan, uzbrojenie rzymskich legionów, a nawet mogły….wydoić krowę :). To wszystko w zasadzie, gdyż miejsce jest małe, ale było warto. Uważam, że taką lekcję historii dzieciaki zapamiętają na długo. Potem w okolicy Lęborka wysiedliśmy jeszcze popatrzeć na wraki samolotów i nie licząc krótkiego postoju na szamanko, resztę dnia spędziliśmy już w aucie wracając do domu. Dotarliśmy wieczorem, sprawiając tym samym ogromną radość stęsknionym zwierzakom :)

Wakacje nad morzem Wakacje nad morzem

Wakacje nad morzem Wakacje nad morzem Wakacje nad morzem

Aparat wzięłam ze sobą, ale oczywiście nawet w tym pędzie nie wyjęłam go z pokrowca. Dlatego wybaczcie jakość zdjęć, ale wszystkie były robione telefonem.

Wakacje nad morzem – zmęczeni, ale szczęśliwi

Przyznaję bez bicia, że wakacje z czwórką rozbrykanych dzieci to nie leżenie w basenie i spijanie drinków z palemką. Wróciłam z wakacji marząc o odpoczynku :). I choć codziennie padałam na twarz po całym dniu, to był to bardzo szczęśliwy upadek. Patrząc na radość dzieci, na to że mogą mieć wakacje pomimo przeciwności losu, nic więcej nie miało znaczenia. Dałam radę, choć to wcale nie taka prosta sprawa w sytuacji, w jakiej się znajduję. I to jest dla mnie największa nagroda. Ich radość i moja siła. Nie ma rzeczy niemożliwych – wakacje nad morzem to nasze wakacje!

Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o wielkiej pomocy Ali, która była razem z nami i pomagała ogarniać rozbrykane towarzystwo. Dzięki Tobie kochana musiałam się tylko rozdwoić, a nie podzielić na cztery. Dziękuję ;).

 

 

 

 

Podobne wpisy

2 komentarze

  • Reply Noelka 14 sierpnia 2018 at 11:42

    Piękne miejsce i zdjęcie. A także radość dzieciarni <3
    Aż mi się przypomniały moje wakacje, rok temu. W Krynicy też było i jezioro (Ale nie kąpielisko) i morze. Poranki na plaży, popołudnia i wieczora na molo, które działało na mnie tak uspokajająco że wyglądałam na nieźle naćpaną. ;)
    Ach, rozmarzyłam się…

    • Reply Marta 30 sierpnia 2018 at 03:19

      Noelko dlatego wiem jak ważne są wakacje. Wyjeżdżamy, choć wcale nie jest to takie proste i trzeba się sporo nagimnastykować, by takie wakacje podarować dzieciom. Naćpani wspomnieniami i pięknymi obrazami cały rok czekamy na kolejne wakacyjne doznania :).

    Leave a Reply