Dzieci, przedszkole, Rodzice, świętujemy

Styczeń jest dla mnie wyjątkowym miesiącem

30 stycznia 2018

Styczeń jest w mojej rodzinie miesiącem bardzo aktywnym i mocno celebrowanym. Trójka najmłodszych dzieci ze stycznia, siłą rzeczy więc ten zimny miesiąc stał się równocześnie jednym z najcieplejszych w roku. Nigdy nie lubiłam zimy, a dzieci sprawiły, że styczeń traktuję bardzo ulgowo i nie utożsamiam go z niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Styczeń to radość, miłość i świeczki na torcie.

15 stycznia 2010 roku – Franio

Styczeń w 2010 roku był zimny. Mnóstwo śniegu i ostry wiatr, to oprócz panicznego strachu zapamiętałam. Wyznaczona data, komplikacje, zdrowie dziecka stojące pod znakiem zapytania. Styczeń. Zimny i straszny. I ja w tym wszystkim starająca się ukryć swoją panikę. Osamotniona w pustej, białej sali szpitalnej. Czekająca na wsparcie jak na dopływ tlenu. Gdy urodził się Franio, o którego walczyłam od 12 tygodnia ciąży, pamiętam że w panice liczyłam jego paluszki. Jakby informacja o tym, że jest wszystko w porządku, w moim umyśle po tak trudnej ciąży była tylko podstępem. Patrzyłam na najpiękniejszego chłopczyka na świecie i oswajałam myśl, że nam się naprawdę udało. Był idealny. Zdrowy, śliczny i mój. Co prawda jeszcze dwa lata kontrolowaliśmy serduszko, zmagaliśmy się z silnym refluksem i odwiedzaliśmy Centrum Zdrowia Dziecka raz w tygodniu, przez kilka miesięcy, ale zagrożenia życia minęło i to się wtedy tylko liczyło. Wygraliśmy. Każdy kolejny miesiąc życia Frania to kolejny miesiąc mojego swobodniejszego oddechu. Dziś często myślę o tym, skąd we mnie było tyle siły, by znieść wydarzenia tamtych miesięcy…a nałożyło się ich tyle, że samo wspomnienie wciąż wyciska łzy.

25 stycznia 2012 roku – Anielka

Styczeń 2012 roku zapisał mi się w pamięci jako miesiąc wielkiej niespodzianki. Po raz pierwszy miałam zostać mamą dziewczynki i czas oczekiwania był najbardziej ekscytującym czasem w moim życiu. Pamiętam, jak ze śmiechem mówiłam lekarzowi, że nie wiem jak to będzie, bo przecież ja nie rodzę dziewczynek, a tu taki psikus. Zaśmiewał się razem ze mną, a gdy odebrał mój poród, razem ze mną wzruszył się do łez. Nigdy tego nie zapomnę, bo łzy wzruszenia lekarza, który odebrał setki porodów nie są bez znaczenia. Anielka oczarowała wszystkich obecnych na sali czarną, bujną czupryną, a położna zawiązała jej na czubku głowy kokardę z bandaża. Poród był przyjemnością, gdyż po raz pierwszy rodziłam w znieczuleniu i czułam się jak na wakacjach, a nie porodówce. Moje pierwsze chwile z dziewczynką niczym nie różniły się od pierwszych chwil z chłopcami, a jednak czułam jakiś kobiecy obowiązek i tuż po urodzeniu Neli zrobiłam sobie staranny makijaż i umyłam włosy. Tak, dostałam burę od personelu za zbyt szybkie wstawanie z łóżka.

11 stycznia 2013 roku – Gaja

Styczeń 2013 roku przyjęłam na kompletnym luzaku i życie szybko dało mi pstryczka w nos. Po cudownych, wolnych od bólu narodzinach Anielki, zdecydowałam, że Gaję będę rodzić tak samo. Nie przewidziałam jednego, że znieczulenie może i to samo, ale anestezjolodzy różni. I o ile ten, który znieczulał mnie przy Anielce zrobił to wybornie, tak rok później jego młodszy kolega spieprzył sprawę po całości. Był to bardzo trudny poród, zaangażował wielu cudownych ludzi, którzy nieśli pomoc. Całe szczęście anestezjolog, którego poznałam rok wcześniej uratował sytuację po porodzie, wykonując mi dzień później zabieg, przywracający mnie do żywych.  Wyciek płynu mózgowo – rdzeniowego to masakra, ale łata z własnej krwi podana dokładnie w miejsce wcześniejszego uszkodzenia jest ratunkiem. Pamiętam, że nigdy tak bardzo nie bałam się bólu, jak wtedy i cieszyłam się tym, że mam długie włosy, bo one zakryły mój wstyd wyrażony niepohamowanym strumieniem łez, gdy niczym na rzeź szłam na zabieg. Całe szczęście wszystko skończyło się dobrze, choć mój kręgosłup pozostał w totalnej rozsypce. Gaja przez pierwszą dobę miała trudności z oddychaniem, ale każdą kolejną radziła sobie coraz lepiej. Calineczkę urodzoną w 35 tygodniu ciąży zabrałam wkrótce do domu i w komplecie mogliśmy cieszyć się nowym, cudownym życiem.

Styczeń to dla mnie miesiąc, który kryje w sobie tak wiele emocji i miłości, że trudno go przedstawić w jednym wpisie. Co roku zamawiając urodzinowe torty mam przed oczami tamte stycznie, pełne strachu, niewiadomej, ale i przeogromnego szczęścia i spełnienia. I choć moje życie nie potoczyło się tak, jak tego pragnęłam, nigdy nie żałowałam, że pojawiły się moje dzieci.

To zawsze było, jest i będzie moje największe szczęście i największa wygrana.

 

A niżej zdjęcia z ukochanego przedszkola dziewczynek. Gai imprezka urodzinowa

Styczeń Styczeń Styczeń

z przyjaciółką Nataszką :)Styczeń Styczeń Styczeń Styczeń

 

 

Podobne wpisy

5 komentarzy

  • Reply Alicja 30 stycznia 2018 at 20:05

    Piękny wpis. Trzy styczniowe Aniołki
    😍😍 I moje dwie przedszkolne Calineczki ❤ Wszyscy styczniowi , wszyscy różni. Rzadzicielka i porządkowa Nela, tulaśna i delikatna Gajcia i rozgrywany, pełen energii Franio o najpiękniejszych oczach świata, który niezwykłą wagę przywiązuje do swojego wygladu. Różni charakterem ale najwspanialsi pod słońcem. Dzięki mamuśka za cała 4. No dobra, 5. Bez humoru Lubka nie byłoby tak wesoło:) :*

  • Reply Alicja 30 stycznia 2018 at 20:06

    Rozbrykany. Słownik. :/

  • Reply Kasia 30 stycznia 2018 at 20:23

    To niesamowite, że dzieciaki są już takie duże! Mam wrażenie jakbyś dopiero co była w ciąży z Franiem…

  • Reply Olga 31 stycznia 2018 at 09:39

    Narodziny dziewczynek, tylko pokazują jak długo z Wami jestem…
    Pozdrawiam ;)

  • Reply Rivulet 31 stycznia 2018 at 11:47

    Też polubiłam te zimne miesiące dzięki dzieciom :) Dobrze mieć taką gromadkę przy sobie, od razu jest jaśniej i weselej!
    Wszystkiego najlepszego dla styczniowej trójki :)))

  • Leave a Reply