Dzieci, Rodzice, Zdrowie

Sezon chorobowy rozpoczęty

20 września 2016

Sezon chorobowy uważam za rozpoczęty. Gaja jak przewidziałam skończyła na antybiotyku, rodzeństwo smarkając i chrypiąc idzie w ślady siostry. Tegoroczny wrzesień niczym nie różni się od poprzedniego. Całe zastępy lekarstw na kuchennej półce, marudne dzieciaki i nieprzespane noce. I pomyśleć, że kiedyś moją ulubioną porą roku była właśnie jesień…

Intuicja matki to najlepszy drogowskaz. W piątek po powrocie małej z przedszkola zauważyłam, że zmienił się jej głos. Potem było tylko gorzej. Chrypa, a w nocy dudniący kaszel i ciągłe wybudzenia. Do tego skargi na bolące gardełko. W sobotę nie udało mi się złapać naszego lekarza, więc udałam się z małą na SOR. Pomyślałam, że im wcześniej dostanie lekarstwa, tym szybciej pokonamy chorobę.

Dojechaliśmy i usiedliśmy w pustej poczekalni. Po półgodzinie przyszła pani doktor, która chyba pracuje tam za karę. Zbadała dziecko i ku mojemu zdziwieniu stwierdziła, że wszystko jest w porządku. Gdy mała nie chciała współpracować przy badaniu (oddychać głęboko), podniosła na nią głos. Wtedy ja również podobnym tonem zapytałam, czy sądzi iż przestraszone dziecko łatwiej jest zdiagnozować. Nie uzyskałam odpowiedzi, dostałam natomiast syrop wykrztuśny. Przy napadowym kaszlu.

W poniedziałek pojechałyśmy na wizytę do naszego lekarza. Moje przypuszczenia co do chorej krtani niestety się potwierdziły. Gdyby na SORze była właściwie zdiagnozowana zapewne żegnalibyśmy teraz chorobę. Niestety kolejny raz przekonałam się, że tu jedynie przepisują jak chcą i co chcą, by odhaczyć wizytę. Niestety nie ma to nic wspólnego z próbą właściwego zdiagnozowania o wyleczeniu nie mówiąc. Dostałam przykaz zaprowadzić dziecko do siebie na rejon (nie skorzystałam) jak tylko skończy się wekeend. No tak, niech inni się gimnastykują. Pani doktor z SOR-u swoje zrobiła.

I tak myślę sobie nad tą całą służbą zdrowia. Po co te dyżury, skoro odwalają taką kichę. Nawet mnie wysłuchać pani doktor nie chciała, a na moje wtrącenie, że mi to wygląda na zapalenie krtani (przechodziła, znam objawy) rzuciła uszczypliwe: ” to po co przyjeżdżałyście, skoro macie swoją teorię”. No jakże mi się cisnęło na usta parę wiązanek. Wzięłam receptę na syrop i wyszłam. Gaja przecież zdrowa, co ja tam się znam…

Na całe szczęście nasz lekarz wysłuchał nie tylko mnie, ale również dziecka. Mała współpracowała cudnie, diagnoza zapadła w dwie minuty. Leczymy się ostro, niestety już antybiotykiem. Starsze dzieci również przeziębione, a Nela zaczęła chrypieć jak stary patefon. Z jednego na drugie wszystko będzie przechodzić, aż do pojawienia się oznak wiosny. Taki nasz los. Nie przeskoczymy.

A wasze dzieci trzymają się zdrowo?

Już tęsknimy za latem

Sezon chorobowySezon chorobowy Gaja Sezon chorobowy dzieci

 

Podobne wpisy

16 komentarzy

  • Reply Kasia 20 września 2016 at 19:47

    U nas młody od dwóch tygodni walczy z kaszlem… a w międzyczasie i ze mną podzielił się choróbskiem i wtyd przyznać, ale po 2 tygodniach w nowej pracy wylądowałam na tygodniowym L4 :/

    • Reply Marta 21 września 2016 at 07:35

      Jaki wstyd? To ta niesprzyjająca aura tak nas urządza. A Młody dodatkowo narażony w szkole na wszelkie zarazki. Zdrówka!

  • Reply Marta mamawbiegu.pl 20 września 2016 at 19:54

    Dwukrotnie wylądowałam z Kornelem na SORze – strata czasu. I też mieliśmy zaplenie krtani. Szczęślwie odesłała nas do szpitala dziecięcego posiadającego laryngologię i tam nam pomogli. A odsyłając nas zapytała co ma napisać nt. stanu dziecka dla lekarzy ze szpitala, do którego nas odsyła Po moich szeroko wytrzeszczonych oczach skapnęła się, że to ona jest tam od tego aby wiedzieć co napisać.

    • Reply Marta 21 września 2016 at 07:37

      Dokładnie – strata czasu! Już nigdy tam nie pojadę, chyba, że to będzie naprawdę ostatnia deska ratunku. Paranoja! Co mam napisać??? I weź człowieku oczekuj pomocy dla chorego dziecka…

  • Reply Justyna 20 września 2016 at 19:56

    Jak dobrze, że Twoja drużyna taka dzielna, zawsze to ciut lżej. My po tygodniu chorowania wróciliśmy do pkola.. poległy obie. Poznałam te gorsza stronę posiadania więcej niż 1 dziecka. Hanulek z antybiotykiem. Wypatrujemy wiosny ;))). Na temat dyżurów lepiej się nie wypowiem.. po co złościc się przed snem ;). Zrowiejcie!

    • Reply Marta 21 września 2016 at 07:39

      Kochana niestety gdy masz więcej dzieci musisz liczyć się z tym, że oprócz podwojonej dawki miłości i szczęścia, podwaja się również strach o choroby a zarażenia po prostu się nie da uniknąć. No, może gdybyś od razu dzieci odseparowała, a wiemy obie, że to niemożliwe. Tak, czekajmy wiosny :)).

  • Reply Joanna 21 września 2016 at 08:03

    U nas katar u obu od tygodnia A dzisiaj Paulinka poszła jakaś niewyrazna do szkoły zobaczymy co z tego będzie… Sok z malin i domowy syrop z czarnego bzu na wzmocnienie już czeka pozdrawiam i dużo zdrówka życzę Joanna

    • Reply Marta 22 września 2016 at 09:04

      Też mamy malinki i bez na podorędziu. Kurujcie się kochani i oby nie rozwinęło się nic poważnego :*

  • Reply Gina 21 września 2016 at 08:33

    Przykro mi, znam ten ból, moje chłopaki też chorują zawsze hurtem – od września – z krótkimi naprawdę odstępami, kiedy cieszymy się zdrowiem – aż do pierwszych objawów wiosny, ale! jej końca.. Także wiem co przeżywasz, to niekiedy aż dołujące i dość smutne! A na SORze, masz rację!, odwalają kawał paskudnej roboty.. Żenujące okropnie. Zdrowia dla pięknej czeredy! No i Ty, droga Mamo, obyś się nie zaraziła! Buziak.

    • Reply Marta 22 września 2016 at 09:03

      Dziękuję Gino :*
      Dzieci zarażają się jedno od drugiego i jak już się zacznie, to trwa i trwa aż do umęczenia wszystkich po kolei. Ja się trzymam, bo ktoś musi koło nich chodzić ;). Zdrówka dla Was :*

  • Reply Nefertari 21 września 2016 at 09:33

    Niestety, i nasze chore :( Zaczęło się dwa dni przed rozpoczęciem przedszkola – ot, przywitanie „sezonu”.
    Ech, tym opisem wizyty przypomniałaś mi, jak kiedyś z zapaleniem ucha jechaliśmy na SOR, bo to sobota była… Najpierw zadzwoniłam do szpitala, gdzie niby mieli dyżur laryngologiczny, czy przyjmują (młody miał ewidentnie zapalenie ucha – przechodził je wcześniej dwa razy, więc – jak Ty – doskonale znałam objawy; nie musiałam zresztą, bo ucho tak go bolało, że się rozpłakał i nie przestawał płakać, do tego gorączka). Dowiedziałam się, że muszę mieć skierowanie od lekarza rodzinnego. Ja na to, że to przecież dyżur świąteczny, SOR, więc skierowania nie są konieczne – przynajmniej tak słyszałam. Otóż nie, dowiedziałam się, mam iść w poniedziałek do lekarza rodzinnego i potem do laryngologa. Pytam więc kobitę przez telefon, jak ona widzi czekanie z dzieckiem do poniedziałku na diagnozę i leczenie, gdy nie potrafi wytrzymać z bólu. Znalazła mi więc dyżur pediatryczny w regionie i kazała jechać po skierowanie. A tak jak u Ciebie – jakaś kobita przyszła po pół godzinie, starsza, marudna taka, Janka obsługiwała jak dorosłego, czyt. komenda i polecenia, stwierdziła, że w uchu nic nie widzi, że to by musiał laryngolog obejrzeć, bo ona ma wiedzę bardziej ogólną (sic!) i wtedy udało nam się dostać skierowanie. I jedziemy do rzeczonego szpitala, gdzie był nieszczęsny dyżur. Kolejne pół godziny oczekiwania (a może i więcej). A na miejscu? Leki przeciwbólowe przestały działać, więc synek znów zaczął płakać. Lekarz opieprzył mnie, że nie smarkam dziecka (bo jak weszliśmy do gabinetu, młody miał wilgotny nos) i z hasłem, że jak nie będziemy smarkali regularnie, to nam regularnie będzie mieć zapalenie ucha. Rzucił to takim tonem, jakby ustawiał do pionu dziecko w szkole. No szlag! Żałuję, że nie rzuciłam ciętej riposty, ale wykończona (pojechałam z dzieckiem nieumalowana, z nieumytymi włosami, z kilkumiesięcznym dzieckiem w domu przy babci – bo pierworodny potrzebował szybkiej pomocy) zwyczajnie nie miałam już siły… W międzyczasie mierzyli temperaturę Jaśkowi, który siedział na moich kolanach – i tutaj znowu się nasłuchałam… Że mam dziecko wysmarkać i na co ja czekam?! Przecież tyle mi mówił o regularnym wypróżnianiu nosa! Dopiero jego asystentka uświadomiła go, że przecież dziecko ma mierzoną gorączkę, więc chwilowo nie może się ruszać i smarkać… Grrr.

    Mam podobne odczucia do Twoich. Zero podejścia, traktowanie tego wszystkiego jakby było za karę, nie mówiąc o odpowiednim badaniu.
    Szlag mnie trafia.

    • Reply Marta 22 września 2016 at 09:02

      Nóż w kieszeni się otwiera! Po jasną cholerę tam w ogóle siedzą?! Przeczytałam Waszą historię i jeszcze większy gniew poczułam. Pouczać im wolno, ale że pokończyli szkoły i obiecywali pomagać ludziom w potrzebie to chyba pozapominali. No, chyba że od razu zakładali, że kształcą się wyłącznie po to, by mieć dostatnie życie. Wrrrr….brak słów!

      • Reply Nefertari 23 września 2016 at 17:21

        Dokładnie. Czasem mam ochotę pieprznąć ten system – nie dawać im na to pieniędzy, bo jak co do czego, to i tak trzeba iść prywatnie… Przynajmniej tak sobie ginekologię przypominam – tu inna historia – jak chciałam iść na wizytę z NFZ dowiedziałam się, że termin będzie za dwa miesiące. Kiedy wyraziłam swoje zdziwienie terminami, usłyszałam: „A co, spieszy się pani?” Takie podejście mają w większości przypadków :/ Szkoda gadać…

        Ech. Trzymać kciuki, by jednak lekarze porządni – jak nasz pediatra dzieci – się zdarzali. Cóż… Jednak większość tych, z którymi mieliśmy styczność temu zaprzecza… :(

        • Reply Marta 26 września 2016 at 13:51

          Oj tak, smutne to bardzo…No przecież, po co się spieszyć? Migdały Franka do wycięcia. Termin? Marzec przyszłego roku ;).

  • Reply Rivulet 21 września 2016 at 15:20

    U nas Gabryś zapalenie płuc i antybiotyk, dziewczynki zakatarzone… Też tęsknię za latem.

    • Reply Marta 22 września 2016 at 08:59

      Biedulki…u nas to samo, cała seria choróbsk. Zdrówka :*

    Leave a Reply