Kobieta, Rodzice

Bo JA wiem najlepiej….

10 stycznia 2014

Przyznać mi się tutaj, ile razy zrobiłyście z ojca swojego dziecka kretyna?
Ja setki!
Na początku, gdy dzieci były malutkie, a ja MUSIAŁAM je opuścić np na godzinę, robiłam na lodówce rozpiskę, której nie powstydziłby się najlepszy i najdokładniejszy program kulinarny.
Naklejałam kartkę, na której nie dość, że wpisane były skrupulatnie godziny posiłków maluchów, to jeszcze wymienione dania, oraz podana ścisła gramatura! Ba! nawet herbatkę rozpisywałam, jak poczynić!
-150 ml ciepłej (przegotowanej!) wody+płaska łyżeczka granulatu!
Godziny snu też potrafiłam rozpisać. Kartka, długopis i lodówka-bez tego nie wychowałabym trójki dzieci!
Przy Gai zmądrzałam, ale o tym później.

Zastanawiam się dzisiaj, czy On nie zrywał tej kartki, zaraz po moim wyjściu i nie chował jej w czeluści szuflady, z obawy przed niezapowiedzianą wizytą kogokolwiek i siary wielkości stolicy. Ja bym chowała.
Tak mi się to dzisiaj jawi, że chowa-a gdy słyszy silnik wjeżdżającego auta na podwórko-nakleja z powrotem.Oczywiście, odhacza poszczególne punkty. Ja sprawdzam i jeszcze pytam, czy aby NA PEWNO zjadły dzieci to, czy tamto? czy spały? czy były na spacerku? bo przecież i spacer w grafiku uwzględniłam.
Jak On to znosił, ja się pytam? ja bym posłała z tą litanią na siódme drzewo, przecież!
A On nie marudził, wypełniał obowiązki wg punktów, a ja byłam szczęśliwa.
Dziś jak o to pytam, śmieje się tylko, kręcąc głową…
Dałam Mu szkołę wykazania się, nie ma co!

Pominę fakt, że dodatkowo OCZYWIŚCIE dzwoniłam i dopytywałam przez telefon, bo MOŻE nie było zbyt jasno rozpisane.
Matko! Jaka ja byłam przekonana o swojej wyższości rodzicielskiej! dramat!
Miseczkę do karmienia też JA wybierałam. Zwykle stawiałam wybraną, z włożoną doń łyżeczką, na blacie kuchennym. To samo robiłam z butelkami, czy przegryzkami. Wszystko ustawione w rządku. Bo przecież, jak zostanie na swoim miejscu, to albo nie znajdzie, albo w ogóle nie wpadnie na pomysł, by dać dzieciom. Tak, tak myślałam o ojcu swoich dzieci.
Logicznym by się to jeszcze wydało, gdyby dawał mi ku temu powody, prawda?
Wracam, a dzieci z głodu płaczą, spragnione, zaniedbane, niewyspane etc…
ale nie! Wszystko i zawsze, było w jak najlepszym porządku!
Mimo to, za każdym razem robiłam dokładnie tak samo.
On się nie przeciwstawiał. Raz, czy dwa wtrącił: już to kiedyś robiłem, wiesz?;) , ale ja nawet tego nie rejestrowałam. Wydawały mi się te wszystkie moje zabiegi BEZWZGLĘDNE i KONIECZNE!
W innym wypadku-armagedon!

Dziś, gdy o tym myślę, sama stukam się w głowę.
Przecież to niczemu dobremu nie służyło.
Jestem pewna, że ojciec moich dzieci, doskonale by się nimi zaopiekował, nakarmił, założył odpowiedni rozmiar pampersa (i to nie tyłem na przód), wyprowadził na dwór odpowiednio ubrane, ba! ugotowałby obiadek-tylko, że ja NIGDY w tym temacie wykazać Mu się nie pozwoliłam, szykując wszystko pod nos.
Bez sensu!
On tego nie wymagał, a ja marudziłam, że zanim wyjdę, muszę wykonać ogrom pracy.
Biegłam potem na łeb na szyję, spóźniona, zdyszana, z poczuciem, że i tak czegoś nie dopilnowałam.
Matka-wariatka to mało powiedziane. Matka z listą zamiast mózgu!

Dziś jestem mądrzejsza, choć przyznam się, nie raz łapię się na tym, że wyrywam Mu z rąk marudzącą Gaję (przecież u mnie uspokoi się szybciej), nie raz otwieram szafkę, by pokazać, co da dzieciom (szybko zawstydzona ją zamykam) i nie raz dzwonię tylko po to (udając, że ot tak sobie, bo mam chwilę), by posłuchać, czy w tle nie słychać „nieszczęśliwych” dzieci.
Nadal z tym walczę, choć to co jest dziś, nie może się absolutnie równać z tym, co robiłam wcześniej.
Muszę odpuścić, bo On nie jest w niczym ode mnie gorszy!
To moje rozbuchane, matczyne ego, wprowadza zamęt.

Zrobiłam ogromny krok do przodu.
Przyznałam się do błędu, zauważyłam go (wcześniej myślałam, że robię co najlepsze!) i staram się wyeliminować do minimum.Nie szykuję ubranek (przecież wie, gdzie dzieci mają swoje szafy), nie robię listy (maluchy potrafią pokazać, gdy są głodne), nie wykładam produktów na blat (sama nie lubię, gdy jest rozgardiasz).

I to, co najważniejsze-zrozumiałam, że gdyby On, był kretynem, za jakiego Go uważałam (traktując w ten, a nie inny sposób), na pewno nie zostałby Ojcem moich dzieci.

Miałyście podobnie?
Czy tylko ja miałam syndrom niedostatecznego zaopiekowania?

podzielcie się ze mną;)

Podobne wpisy

36 komentarzy

  • Reply Noelka 10 stycznia 2014 at 08:29

    Nie miałam tak (pewnie dlatego że nie mam ani męża ani dzieci) ALE też ostatnio mam manię zapisywania, planowania! Normalnie masakra na kółkach! (;))
    Więc pewnie mnie nie ominie…
    Co ta rodzina z ludźmi robi! :PPP

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:54

      wszystko przed Tobą:P

  • Reply Anna Zielińska 10 stycznia 2014 at 08:36

    Czytając ten tekst , każde zdanie, cały czas się uśmiechałam, pewnie wiesz dlaczego:) Pewnie dlatego, że sama także robiłam to samo i tak samo. Najbardziej spodobało mi się stwierdzenie „Matko! Jaka ja byłam przekonana o swojej wyższości rodzicielskiej! dramat!” i w tym leży sedno sprawy. JA – MAMA wszystko robię/wiem/potrafię/widzę/ lepiej – bo to moje dziecko:) Bo JA robię to milion razy dzień w dzień. :)) też się na tym łapię i jestem na etapie ” leczenia” się z tego :) a jak rano Tatuś szykuje Młodego do przedszkola nauczyłam się już zamykać drzwi od sypialni i udawać , że nie widzę , że przecież nie te skarpetki Ci naszykowałam mężczyzno!!!!!!!!!!
    pozdrawiam http://mrkacperowski.blogspot.com/

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:54

      Tak, to właśnie o to przekonanie chodzi-nikt nie zrobi przy dziecku tego, czy owego lepiej niż ja! Nikt! hahahahahaha ja też już przymykam oczy na kompletnie nie pasujące zestawienie ubrań….czasem po cichu przebieram:P

  • Reply Anonymous 10 stycznia 2014 at 08:56

    Hahaha jakbym czytała o sobie :P oj ja tez tak mam a teraz jak siedzą w domu to jest rozpiska jak ubrac co dać na sniadanie gdzie co jest :P hehe Buziaki Marta Z Zuzanną

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:53

      Marty tak mają?:)

  • Reply Justyna Komada 10 stycznia 2014 at 09:20

    z ust zes mi to Matko wsjo wyciagnela… oj ciezka rola meza-Ojca ;P

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:52

      wiedziałam! czułam przez skórę!:P

  • Reply czesterek 10 stycznia 2014 at 09:22

    nie ja nigdy nie zostawiłam rozpiski itp. zawsze wychodziłam z założenia że jak będzie miał problem to zadzwoni, nigdy problemów nie było, wręcz mogę powiedzieć że mój mąż sprawuję się z dziewczynkami bardzo dobrze. Jak gdziekolwiek miałam wyjść to po prostu zostawiałam wszystko tak jak stałam i wychodziłam. Ale może to dlatego że mój mąż od początku robił wszystko przy dzieciach.

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:50

      Ale, mój też wszystko robił od początku:P Tu chodzi o mnie. Wszystko było jak należy, a ja te kartki i tak naklejałam. Notka mówi o moim poczuciu wyższości, jako rodzica-błąd popełniany przez wiele mam.

  • Reply kicia779 10 stycznia 2014 at 09:39

    a wiecie co , a kurde mnie to było żal ….bo mój M szybciej dzieci uspokaja , to u niego na rękach im lepiej, to on starszą córę kąpie do tej pory, to tata było pierwszym słowem Lilki , a teraz stoi i huśta małą w drzwiach na huśtawce i nie wie jakie peany tu wyczyniam :) Jasne jak wyszłam gdzieś z domu na dłuzej to miałam to dziwne uczucie zerwania nici i pustki w rękach , w sercu….ale wiedziałam że jak coś bedzie źle to zadzwoni i powie…no tak ma ta moja lepsza?? połowa ;) Matka jest od wychowywania a tata od dobrej zabawy tak jakoś samo wyszło ….i dobrze mi z tym choć czasem żal ,że z M Lilka ma tą szczególną wieź…no ale jest Patryś jeszcze i może on będzie synusiem mamusi, tak jak Lilka jest córeczką tatusia :)

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:52

      I cudnie! I tak być powinno! U nas to samo. Powiem (jako mama córeczek i synków), że tak właśnie jest. Dziewczynki wprost szaleją za Tatą, aż do przesady czasem. Chłopcy natomiast przejawiają i przejawiali takie zachowania w stosunku do mnie. Nie na darmo istnieje powiedzenie „córeczka tatusia, synuś mamusi” :)

  • Reply karro31 10 stycznia 2014 at 09:51

    Człowiek uczy się w końcu całe życie:) Staram się tak nie robić poza dwiema sytuacjami, gdzie nie mogę się opanować: podawanie lekarstw (no bo może się tacie pomieszam da za dużo albo za mało) i pocieszanie płaczącego (bo u mnie szybciej się uspokoi)- pewnie tata z tymi sprawami radzi sobie bardzo dobrze gdy mnie nie ma, ale…nic nie poradzę, to jest silniejsze ode mnie.

    • Reply ma~ 10 stycznia 2014 at 09:55

      uuuu…lekarstwa to już w ogóle….ciiiii:)

  • Reply Anonymous 10 stycznia 2014 at 10:04

    He he he he, jeszcze wczoraj koleżance marudziłam, że mąż owszem – zostanie z naszą dwójeczką, ale…..muszę mu wszystko przygotowywać: od ubrań po jedzenie, picie, podając wszelkie wytyczne, telefonicznie kontrolując czy nic złego się nie dzieje, a on to jak chce wyjść to po ptortu ubiera się i wychodzi. Tylko że…..ja sobie sama to wszystko stworzyłam, że MUSZĘ, że inaczej świat się zawali i nie raz słyszałam jak odbierał telefon z lekko poddenerwowanym głosem i na moje pytanie „jak tam” odpowiadał: „no nic, to samo co pół godz. temu, bawimy się”. Ewidentnie przez 4 lata robiłam z niego kretyna, mało tego mając nie raz i nie dwa pretensje że ja taka biedna żeby wyjść muszę się tyle narobić….Szok, po prostu szok :-) Pozdrawiam

  • Reply Anonymous 10 stycznia 2014 at 10:31

    Żadna matka jaką znam tak nie miała. Chyba, że facet sam tego oczekiwał. Za to niektóre Babcie to i owszem „Bo jak ona mogła zostawić dzieci z mężem?!” ;) No faktycznie, jak kobieta może zostawić dzieci z ich OJCEM i pójść na spotkanie z koleżankami ;)

    Ola

  • Reply hanusia 10 stycznia 2014 at 10:33

    Ależ u mnie jest podobnie, ba, lepiej! Nawet banan wybierany był przeze mnie i układany obok miseczki, również tej, w której karmię ja. Bo to ja robię wszystko najlepiej i wiem lepiej ;) Marta zacznijmy od tego, że ja dojrzewałam w/g do zostawienia z ojcem dzieci na godzinę, góra dwie, zdrowych dzieci. Nie mówię już aktualnie o Kajtusiu… Ojciec moich dzieci, nigdy Im pampersa nie zmienił, bo robiłam to ja, nie dałam Mu tej szansy, odsunęłam Go od tego z premedytacją. Za chwilę idę do szpitala na trzy doby i na samą myśl, że Kajtuś jedną dobę będzie beze mnie wpadam w histerię. Wyobrażasz sobie jak wygląda moja rozpiska na trzy doby??? Bo Kajtuś nie powie, palcem nie wskaże a i o lekach nie można zapomnieć, ani podać za mało czy za dużo…ech. Obiecałam sobie jedno i myślę też sytuacja nas do tego zmusi, ale również chciałabym zobaczyć ojca swoich dzieci, w roli ojca do utulenia, wykąpania, czy przebrania, dać mu tę szansę, bo widzę jak czeka na trzeciego synka. Podział obowiązków nad Saszką będzie wyrównany, oprócz karmienia piersią pozwolę Mu na wszystko, chcę zobaczyć w Nim spełnienie!
    Ale przyznaj moja droga, że co dziecko to i my mądrzejsze :P
    Buziaki -kajtusiowa mama

  • Reply lena 10 stycznia 2014 at 11:06

    Martuś, ja mam to samo :( kiedy to mija mówisz?:)

  • Reply Monika Pujanek 10 stycznia 2014 at 11:19

    Widzisz, ja z tych wyrodnych. Nie robiłam listy. Przekzaywałam dzieci ze słowami jadły o … drzemka o … spacer prze … minut, pampersy zmienione ale sprawdzaj co … jak by płakały to … i tak przez cały czas od momentu wepadnięcia na pomysł wyjścia bez dzieci do samego wyjścia ;) A potem tylko kilka telefonów i powrót do domu. Jak tak piszesz, to sobie uzmysłowiłam, że przecież on i tak pewnie conajmniej połowy nie zapamiętał z całego wywodu :D

  • Reply Emma 10 stycznia 2014 at 11:20

    U mnie na szczęści tak nigdy nie było :) Mąż sobie radzi nawet lepiej ode mnie! ;)

  • Reply Amisha 10 stycznia 2014 at 11:35

    Świetnie to opisałaś matko, super. Tak najczęściej jest z tymi mamami, ale ja AŻ taka (szczerze!) nigdy nie byłam. M. siedział z Olkiem jak wróciłam z macierzyńskiego do pracy (mały miał wtedy 5 mcy) i radził sobie dobrze. Początkowo się obawiałam, ale już po 2 dniach full zaufanie. Musiałam też zostawiać dzieci z nianiami, ale nawet wtedy nie nękałam ich telefonami ani zanadto nie kontrolowałam, bo podskórnie czułam, że wszystko jest ok. I zawsze było.

    Może wyjdę na matkę mało troskliwą, ale nic z tych rzeczy ;).

  • Reply Hally (Raczek) 10 stycznia 2014 at 11:36

    JA tak miałam…przez pierwsze pół roku…teraz mam mniej…ale dzieci mało kiedy zostają pod czyjąś opieką…mało kiedy z mężem sam na sam…ale teraz nic nie zostawiam…rzucam krótkie…daj mleka i zrób coś zjeść…z głodu nie padną:P

  • Reply ania m.s. 10 stycznia 2014 at 11:41

    I ja też się z tego leczę;D tzn. z nadopiekuńczości! Dosłownie;P

  • Reply Anonymous 10 stycznia 2014 at 12:06

    Ależ się uśmiałam ;) Robię identycznie, choć w sumie nigdy nie miałam ku temu rozsądnych powodów. Np. to głównie tata kąpie młodego, więc równie dobrze mógłby się obawiać o kompetencje rodzicielki w tym temacie. Powoli zaczynam stopować, uspokojona chyba faktem, że w wielu sytuacjach mój mały-wielki dwulatek upomniałby już się o swoje albo może dojrzewam? Syndrom mamy niezastąpionej jest także i u nas. Pozdrawiam serdecznie – mama Adasia

  • Reply Kasia Ł. 10 stycznia 2014 at 12:07

    hahaha wariatka!
    Z jednej strony ja też czasem wolę zrobić coś sama, bo tylko ja zrobię dobrze :D ale z drugiej postaw się w roli ofiary:D
    Karol szacun! Chłopie masz święte nerwy :D

  • Reply wierszokletka 10 stycznia 2014 at 12:14

    Jeszcze nie, z naciskiem na JESZCZE :P Buziaki :*******

  • Reply MzP 10 stycznia 2014 at 13:42

    Ja tak mam we wszystkim, nie tylko tym, co dotyczy Mi. Chyba mam to wyuczone po mamie, ona też nigdy nie deleguje zadań, bo uważa że sama zrobi o wiele lepiej, sprawniej, dokładniej, no i po własnej myśli. Co do Mi, to ja niestety miałam powody do upominania jej tatuśka, przez nieustannie przeciekające- bo krzywo zapięte pampersy (po ponad pół roku po raz pierwszy założył prawidłowo…), kompletną niewiedzę co do żywienia dzieci (za pierwszym razem chciał jej dać czekoladę, za drugim kupną sałatkę, taką marketową w pudełeczku…), ubioru (dwa zimowe kombinezony jeden na drugi w październiku…), ponad wszystko upominałam go milion razy, żeby nie ciągnął jej za nadgarstki (do góry)…itp. Chyba nie zwariowałam w tej sytuacji, aczkolwiek pewnie nawet jakby tych wszystkich wpadek nie zaliczał, to też wolałabym robić sama.

  • Reply trzech budrysów i ja 10 stycznia 2014 at 17:53

    Moje dzieci też mają cudownego tatę który wszystko ogarnia, pewnie dlatego że z Przysuchy

  • Reply Rivulet 10 stycznia 2014 at 18:01

    Eee nie :) U nas to mąż robi listę czynności do zrobienia, a bez listy zakupów nie chce jechać ze mną do sklepu. Ja wszelakie listy mam w głębokim poważaniu i idę na żywioł, w wychowaniu dzieci podobnie :) Ale dobrze jest się różnić.
    Respect dla męża za cierpliwość :D

  • Reply efa 10 stycznia 2014 at 20:02

    Oczywiście, że tak robiłam i teraz czasami też tak robię. Ale to chyba wynika z faktu, że ogólnie robię więcej przy dzieciach a on już się do tego przyzwyczaił, że ma wszystko przygotowane np ubrania do przedszkola.
    Pozdrawiam:-)

  • Reply Nefertari 10 stycznia 2014 at 20:11

    Ja też tak robiłam (i robię czasem dalej), ale na wyraźną prośbę (polecenie?) mego małżonka ;) On woli mieć wszystko rozpisane i przygotowane, żeby nie musieć się tym przejmować samemu. Co więcej, ciuszki na spacer też przygotowuję i od razu wykładam w jakieś dobrze widoczne miejsce, żeby potem nie było, że nie widać :P

  • Reply Anonymous 11 stycznia 2014 at 01:54

    Ja karteczek nie zostawiałam, ale powinnam. Bo gdy wyszłam to co chwile dzwonił ” a gdzie sa koszulki, a co ma dac do jedzenia, a czyma wychodzic na spacer,a co ubrac na spacer itp. Myslałam ze po jakims czasie wpadnie sam na pomysł i sie nauczy. Ale niestety czas mijał i ciagle było to samo. Chyba było by lepiej zostawiac karteczki.Wiesia.

  • Reply Matka poza światem 11 stycznia 2014 at 11:56

    O matko! Jestem taka sama! Hehe ja też zawsze naszykuję miseczkę z łyżeczką, obok stoi kaszka i jeszcze odlana odpowiednia ilość wody do zalania, tylko trzeba podgrzać, jeszcze sprawdzałam ile sekund trzeba żeby wyszła idealna :P Masakra! I zawsze tylko słyszę jak wychodzę – przecież nie jestem głupi! A nie daj Boże żeby ktoś moje zdanie co do dzieci podważał! Zginąłby od mojego wzroku!

  • Reply MAGDALENA TKACZYK 11 stycznia 2014 at 12:31

    Jezu ja tak samo robiłam!!!! Ubrania do przedszkola i szkoły szykuję wieczorem do dzisiaj, bo założy nie te:))))))) łyżeczka z miską też była naszykowana….
    Ja jak wychodziłam z domu to nie dzwoniłam i on też nie. Chyba w ten sposób chciał mi pokazać, że SAM też sobie radzi.
    Pozdrawiam z uśmiechem na ustach, po tym poście,
    Ratka

  • Reply Polisz mam 11 stycznia 2014 at 15:52

    Ja z tych wyrodnych:P Bardzo rzadko wychodzę, ale jak już to mam miejsce to wiem, że tatuś sobie poradzi:)) Nigdy żadnych list nie robiła, baaaa będąc w sklepie to ja najczęściej dzwonię do męża co kupić:P

  • Reply Gosia 12 stycznia 2014 at 17:28

    Dzieci jeszcze nie mamy, ale za to jest pies :D (podobno dobry trening przed dzieckiem;p) I wstyd się przyznać, ale jak wyjeżdzałam na więcej niż jeden dzień, to zostawiałam mojemu M na lodówce listę, co ma jeść i o której, o której ma wyjść, gdzie co leży itd…
    Może jak szybciej dojde do tych samych wniosków co Ty, to z dziećmi już będzie inaczej :D

    Pozdrawiamy:D

  • Leave a Reply